sobota, 7 marca 2015

Galeony Wojny - Jacek Komuda

Naród, który nie szanuje swojej historii, będzie się musiał uczyć cudzej. Unia Europejska uporczywie stara się pozbawić nas tożsamości narodowej, idzie Jej to całkiem nieźle. Lekcje historii w szkole są redukowane do minimum, a literatura historyczna kojarzy się nam tylko z wypocinami Sienkiewicza, każdy kto nazwie siebie patriotą od razu jest uznawany za faszystę i antysemitę.  Co zatem przeżywa czytelnik, któremu całkiem przypadkiem wpadną w ręce "Galeony wojny" lub "Samozwaniec" Jacka Komudy? Szok i niedowierzanie. O naszej historii, pięknej i pełnej dramatycznych przeżyć, wzniosłych chwil jak i wstydliwych upadków autor pisze w sposób porywający i nie pozostawiający cienia złudzeń, kto obecnie króluje w tym gatunku w Polsce. W czytelniku zaczyna się budzić duma z bycia Polakiem. Dziś jedna z najlepszych książek historycznych jakie czytałem, mam nadzieję, że Was zachęcę do jej przeczytania.


Co to: Literatura historyczna. Mocno awanturnicza i przyjemnie przygodowa.

Co autor miał na myśli: Kim był Arend Dickmann? Tak bez Wikipedii, kto zgadnie? Założę się, że jeden na stu czytelników wie. Wstyd. Ja wiedziałem, ale dlatego, że miłośnikiem historii jestem dość maniakalnym, inaczej ciężko by było się z tym nazwiskiem zderzyć. Otóż był to admirał dowodzący naszą flotą podczas Bitwy pod Oliwą. Coś tam świta? Tak, to najsłynniejsza bitwa morska w polskiej historii, uczą o niej zdawkowo podczas lekcji historii. 
Zapraszam zatem do wysłuchania utworu, który nas wprowadzi w klimat książki.



"Galeony wojny" przedstawiają nam postać Arenda Dickmanna, Holendra, który został admirałem polskiej floty wojennej. Historia kończy się na bitwie pod Oliwą. Ktoś zapyta, o czym tu opowiadać? Ano autor pokazuje, że jest o czym. Nic nie było takie łatwe, jak się wydaje, a wojna to skomplikowana machina.

Poznajemy Złote Miasto Gdańsk z okresu XVII wieku, mentalność ludzi w nim mieszkających i to jest jeden z najciekawszych aspektów książki. Możemy śmiało z dziełem Komudy udać się na zwiedzanie Gdańska i odkryć to miasto na nowo. Poznajemy rody rządzące miastem, siłę pieniądza i koneksji rodzinnych.

Kolejnym ocierający się o fantasy wątkiem jest Lewiatan, potwór grasujący na Bałtyku i napadający na statki kupieckie. Bardzo fajny i ciekawy wątek wzbogacający książkę o dreszczyk emocji towarzyszący odkrywaniu tajemnicy. Nikogo nie powinien zawieść.
Do tego atrakcje, jakich nawet "Piraci z Karaibów" nie dostarczą: pojedynki, abordaże, bitwy morskie, piraci, potwory i piękne kobiety... Czegóż chcieć więcej?!

Zachęcam także do zgłębienia przypisów, bo to praktycznie osobny rozdział, a zastrzyk wiedzy historycznej potężny.

Co zachwyca: O historii można pisać ciekawie i z polotem. Tutaj mamy jasny tego przykład.

Co przeszkadza: Nomenklatura marynistyczna. Wszystkie te refy i bukszpryty czasem powodują ból głowy.

Warto?: Dla Polaka lektura obowiązkowa.


Bonus: Zadziwiające jest, jak Polacy nie szanują swojej historii. W szkole uczy się nas o dzielnych Spartanach, którzy zginęli walcząc z Persami. Jak dla mnie, żadna rewelacja. Celem wojny nie jest śmierć za ojczyznę, ale sprawienie, aby tamci skurwiele umierali za swoją. 
27 czerwca 1581 roku, niespełna 200 husarzy z roty Marcina Kazanowskiego, przez 7 godzin broniło Mohylewa przed 30-tysięcznym wojskiem rosyjskim. Broniło nie na murach, ale walcząc w otwartym polu! Gdy z pomocą przybyło im około 300 kawalerzystów lekkiej jazdy, przegoniono nieprzyjaciela spod tego miasta. Takich przykładów nasza historia zna więcej, pozostawiam Wam przyjemność samodzielnego odszukania innych przykładów naszych triumfów.


środa, 25 lutego 2015

Forrest Gump - Winston Groom

Pokażcie palcem kogoś, kto filmu "Forrest Gump" nie zna lub chociaż o nim nie słyszał, widok rzadki niczym dziewica w gimnazjum. Absolutnie genialny, sześć Oskarów, top 100 wszech czasów, najlepsza rola Toma Hanksa i tak dalej. Zgadzam się, ale co z książką? Powieść Winstona Grooma przykrył cień ekranizacji. Czy słusznie? To bardzo trudne pytanie, bo ekranizacja nie jest typowa.

Co to: Powieść o życiu.

Co autor miał na myśli: Pierwsze zdanie tej książki mówi o niej wszystko: "Jedno wam powiem: życie idioty to nie bułka z masłem." Od tego pierwszego zdania poznajemy świat oczami poczciwego, wesołego i prostego chłopaka z IQ 70. Zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że orłem nie jest, jednak stara się najlepiej jak może. Sam twierdzi, że w życiu nieźle mu poszło. Fakt, poszło mu nawet nieco lepiej, niż nieźle. 
W tej jednej osobie kumuluje się cały amerykański sen, czyli kariera, pieniądze, sukcesy sportowe, wielka miłość. Oczywiście wszystko co dzieje się w życiu Forresta jest całkowicie i zupełnie przypadkowe, praktycznie każde jego osiągniecie to skutek nieporozumień, dobrych intencji chłopaka opacznie rozumianych przez innych, krótko mówiąc jeden wielki festiwal pomyłek. Wszystko opowiedziane specyficznym językiem człowieka z IQ 70, zdania proste, czasem poprzekręcane słowa. Trochę mi to przypomina "Konopielkę", która też jest pisana językiem narratora, czyli chłopa z odciętej od świata wsi.

Przechodzimy od razu do porównania z filmem. Dlaczego? Otóż jak powstał film? Po zapoznaniu się z obydwoma dziełami nasuwa mi się jedno porównanie: twórca filmu gdzieś na suto zakrapianej imprezie usłyszał całą historię opowiedzianą w książce, na drugi dzień postanowił ją spisać, ale pamiętał to wszystko jak przez mgłę. "Pamiętam, że spotyka prezydenta i jest śmiesznie, ale jak to do końca było?". Efekt jest taki, że film zachowuje ogólną ideę książki, czyli sposób narracji, szalone przygody bohatera, jednak szczegóły są inne. Oglądając film i czytając powieść dostajemy dwie historie opowiedziane w ten sam sposób i w żadnym przypadku nie będziemy się nudzić. Różne postacie stają na drodze bohatera, różnie się wszystko układa i różnie kończy. Są etapy w życiu Forresta pojawiające się tylko w książce jak i tylko w filmie. 
Warto sięgnąć po obydwie pozycje.

Co zachwyca: Język i sposób narracji, niezwykle szybki i płynny. Było to pewnie spore wyzwanie dla tłumacza.

Co przeszkadza: W pewnym momencie autora ponosi taka fantazja, że opowieść przestaje być wiarygodna. W filmie tak mocno się nie  rozbujali.

Warto?: Zdecydowanie. Zarówno film jak i książka.


Bonus: Mało kto wie, że książka ma swoją kontynuację.


środa, 18 lutego 2015

Pomnik Cesarzowej Achai t. IV - Andrzej Ziemiański

Ćwiczenie: bierzemy kartkę i wypisujemy cechy, jakie powinna mieć książka napisana przez prawdziwego mężczyznę z krwi i kości, faceta z jajami. Pierwsze trzy punkty podpowiem: dosadny język, ponętne kobiety i twardzi faceci. Ile punktów byśmy nie wypisali, znajdziemy tutaj wszystkie. Andrzej Ziemiański to świetny pisarz, trzymający poziom jak mało kto, o czym przekonuje nas kolejna część cyklu.



Co to: Achaia. Jeśli nic wam to nie mówi, nie ma sensu czytać dalej. Fani i tak sięgną, więc jest sens pisać recenzję? Otóż czytelniku, który jeszcze nie miał z uniwersum Achai styczności. Będzie to bardziej recenzja pod ciebie.

Co autor miał na myśli: Jesteśmy świadkami dalszych poczynań naszych ukochanych bohaterów, co raczej nie zaskakuje. Nuuuuda? Takiego wała! Ciężko napisać coś konstruktywnego, żeby obyło się bez spoilerów, po prostu autor od pierwszej strony wrzuca nas na głęboką wodę i każe pływać waląc kijem po łbie. Nie ma kiedy zaczerpnąć oddechu, bo akcja cechuje się wyjątkowym zamordyzmem.
  • Będą strzelaniny, a nawet oblężenie.
  • Dużo humoru.
  • Szpiedzy lepsi niż ci z Krainy Deszczowców.
  • Romanse!
  • Pałacowe imprezy pełne alkoholi i używek.
  • Momenty będą!
  • Knowania i zakulisowe gierki.
  • Nowe postacie.
  • Nowa kraina.

Cholera, zabrzmiało jak zapowiedź dodatku do gry MMORPG! Ale tak jest, wszystkiego jest więcej, a zarazem tak samo dobre. Jak nie lepsze.

Książka to "dorosłe fantasy". To nie Tolkien, tu się dzieci w kapuście nie znajduje, a bohater posunie się do czegoś więcej niż określenie przeciwnika "brudnym krasnoludem", raczej wypowie się  szeroko i ze szczegółami o wątpliwym prowadzeniu matki rzeczonego typa. Ze szczegółami. I soczyście. Ale tylko, jeśli zajdzie taka potrzeba. Kobiety są ponętne, seksowne, ale potrafią dać po mordzie a nawet zastrzelić. Faceci to twardziele żujący pszczoły.

Autor jest mistrzem obrazowego przedstawiania mechanizmów rządzących światem. Jak działa wywiad? Dlaczego działa? Jak zbić fortunę na kolejach żelaznych? Co tak naprawdę daje nam ropa? Oczywiście ludzie oblatani w historii to wszystko wiedzą, ale nie każdy wie, po co Hitlerowi była Rumunia. Tutaj mamy to pięknie i obrazowo przedstawione.

Co zachwyca: Niezmiennie wysoki poziom cyklu. Przecież to już siódmy tom, a cały czas jest lepiej niż dobrze.

Co przeszkadza: Przydało by się trochę "Gry o tron" w kwestii gospodarowaniem bohaterami. Po prostu czujemy, że bohaterowie są nieśmiertelni.


Warto?: Tak.


czwartek, 12 lutego 2015

Cykl "Oko Jelenia" - Andrzej Pilipiuk

Jeden pisarz powiedział mi przy piwie: "muszę zakończyć ten cykl, ale żałuję, bo cykle się zajebiście sprzedają". Tak, to autentyk. Tak, znam kilku pisarzy. Jeśli zaś chodzi o ocenianie cyklów, sag, trylogii i innych tasiemców miałem mieszane uczucia. Czy oceniać każdy tom z osobna, czy całość dzieła? Doszedłem do wniosku, że jeśli cykl został zakończony, oceniam całość, jeśli jest w trakcie, to się zastanowię :)


Co to: Fantastyka mocno historyczna.

Co autor miał na myśli: No i masz, nastał koniec świata. Nie, nie taki amerykański, gdzie cycata blondyna i mięśniak z IQ psa Yorka ratują świat w ostatniej chwili. Soczysty koniec świata, Ziemia znika, nie ma zmiłuj, nie ma przebacz. Jednak trójka ludzi zostaje zachowana przy życiu, cofa się w czasie i dostaje zadanie: zdobyć Oko Jelenia. A cóż to za dziwadło? I co na to Jeleń? No tego akurat nikt za bardzo nie wie. Jak by zwierzyńca było mało, rozkazy wydaje bohaterom Łasica.

Akcja rozgrywa się XVI wieku w Norwegii i przez sześć tomów będziemy podróżować razem z bohaterami, poznawać uroki życia w XVI wieku (wielu mina zrzednie i udadzą się pędem do kościółka podziękować za to, że żyją w wieku XXI), walczyć, zabijać, kraść, zarabiać, kochać... Sześć tomów daje pole do popisu, a Andrzej Pilipiuk do kiepskich autorów nie należy, zatem będzie i humor jak i akcja, wątki patriotyczne, nawiązania do religii, a wszystko ramię w ramię z Hanzą, potężną organizacją, która akurat powoli chyli się ku upadkowi.

Postaci pojawia się mnóstwo, ja najbardziej polubiłem Kozaka Maksyma i jego genialne listy do Atamana, w których opisuje co warto złupić podczas najbliższej wyprawy wojennej. Istny szpieg, genialna wstawka. Bardzo bym chciał, aby autor pokusił się kiedyś o stworzenie opowieści z tymże osobnikiem w roli głównej.
Niestety, większość pozostałych bohaterów jest trochę nijaka i nie majż szans w rankingach ikon popkultury.

Każdy cykl ma tomy słabsze i lepsze, dla mnie najgorszy jest tom IV: "Pan Wilków".
Każdy cykl ma zakończenie i niezależnie od autora wzbudza ono zawsze szalone kontrowersje. Mi się podobało.

Co zachwyca: Jeśli lubisz historię, będziesz zachwycony. Jeśli jej nie lubisz, to polubisz i będziesz zachwycony. To najmocniejsza strona cyklu: bardzo wiarygodne, mocne i ciekawe podłoże historyczne.

Co przeszkadza: Czasem autora zbytnio ponosi fantazja (ale chyba mu wolno, co nie?).  Bywają naprawdę słabsze momenty, ale jak przebrniemy to potem autor nadrabia wszystko.

Warto?: Tak. To udany cykl, jednak przełomowym go nazwać nie można. Ładnie wydany, jednak jeśli nie lubicie fantasy i nie lubicie historii, to nie znajdziecie tu nic dla siebie.


Bonus: Autor sam siebie nazywa największym grafomanem RP. Oczywiście jest w tym sporo kokieterii, bo pisze bardzo dobrze i ma rzeszę oddanych fanów. Jeśli nie mieliście kontaktu do tej pory z Pilipiukiem, to polecam zacząć od innych książek. Jakich? Tutaj ciężko powiedzieć, bo autor nie ogranicza się do jednego gatunku, choć zazwyczaj zahacza o fantastykę.
Polecam "Kroniki Jakuba Wędrowycza", jeśli lubicie przerysowane postacie, dobry humor średnich lotów i igranie z gatunkiem nazywanym przeze mnie "Łowcy duchów". Na półce u mnie stoi komplet.

Polecam "Wampira z M-3", bo to świetna książka. Po prostu. Jedna z lepszych Pilipiuka i chyba dobra na sam początek, jednak wymaga pewnego obicia w tematach "wampirzych", żeby bawiła na 100%.

piątek, 6 lutego 2015

Marsjanin - Andy Weir

Nie wiem, co jest bardziej ciekawe: losy głównej postaci tejże książki, czy losy samej książki. Oceńcie to sami.



Co to: SF.

Co autor miał na myśli: Mark Watney to człowiek, który ma niewątpliwy zaszczyt być pierwszym człowiekiem, który umrze na Marsie śmiercią głodową. Miał też zaszczyt w ostatnich dniach zostać pierwszym człowiekiem, którego podczas burzy piaskowej na Marsie trafiła przelatująca antena odrzucając go od statku, a co za tym idzie, pierwszym człowiekiem zostawionym na Marsie przez swoją własną załogę. Pech sprawił, że utknął na Marsie, a reszta świata nie ma o tym pojęcia, są przekonani, że Mark już dawno gryzie marsjański piasek, stosownie go opłakują. Zarówno załoga, która uciekając przed burzą piaskową zostawia go na Czerwonej Planecie, jak i NASA, rodzina i wszyscy znajomi oraz krewni Królika. Mark jednak dochodzi do siebie, z ulgą stwierdza że przeżył, tylko po to aby dojść do wniosku że wkrótce umrze. Jest sam na Marsie, zero możliwości kontaktu z Ziemią, ma żywności na rok, a następna misja załogowa wyląduje dużo później i najpewniej będą mogli podziwiać jego bielejący szkielet.

Jednak Mark Watney to uzdolniony inżynier (McGyver może mu buty sznurować), botanik, oraz niepoprawny optymista i żartowniś. Ciężko określić, który z tych talentów odegra decydującą rolę. W każdym bądź razie zaczyna się walka człowieka z planetą i zaręczam, będzie to walka fascynująca, zaskakująca, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji i wzruszeń. Jeśli wydaje się wam, ze człowiek i planeta nie mogą stworzyć fascynującego widowiska, to jesteście w błędzie. Ale nie wy pierwsi.
Autor słał swoją książkę do różnych wydawnictw i żadne nie chciało jej wydać. Zatem umieścił książkę na swojej stronie internetowej, zbierając w taki sposób sporą grupkę fanów. Pod ich naciskiem zrobił z niej e-book, który zaczął się sprzedawać za grosze na Amazonie. Okazał się hitem. Wtedy szybko znalazł się wydawca, a finałem jest film, który reżyseruje sam Ridley Scott, w główną rolę wciela się Matt Damon. Premiera filmu 25 listopada 2015 r.

Co zachwyca: Bardzo równo i ciekawie prowadzona akcja. Dużo humoru wysokich lotów, jak i czasem takiego rynsztokowego, jednak wszystko wyważone.

Co przeszkadza: Język techniczny. Nie wyobrażam sobie tej książki bez opisów technicznych, są dla całej akcji niezbędne, bo sprawa ile wodoru można uzyskać z moczu i na ile dni to starczy jest ważna dla książki. Ale czasem aż głowa boli.

Warto?: Panie szanowny, droga Pani. Trzeba!


Bonus: Rewelacyjna książka, świetny bohater główny, ale też i poboczni, szczególne załoga Marka). Zgrabnie napisana książka, podejrzewam, że film będzie równie dobry.